W drodze powrotnej z naszego kilkudniowego pobytu w Malezji, zatrzymaliśmy się na jedną noc w Bangkoku. Mieliśmy dzięki temu pół dnia po przylocie oraz cały kolejny dzień, by zwiedzić stolicę Tajlandii. Oczywiście jest to zdecydowanie za mało, by móc rozpisywać się o miejscach wartych polecenia czy daniach wartych spróbowania. Doświadczyliśmy tylko namiastki tego, co miasto ma do zaoferowania. Niemniej, zwiedzaliśmy Bangkok wraz z pół-Francuską-pół-Tajką, która orientowała się w lokalnych atrakcjach rewelacyjnie i zaprowadziła nas do kilku naprawdę fajnych miejsc. A zatem zabieram się do zdania relacji z naszgo krótkiego pobytu w stolicy Tajlandii – może akurat odwiedzicie którąś z opisanych atrakcji przy Waszej najbliższej wizycie w Bangkoku? 😉

Lot i nocleg

Z Polski można bardzo łatwo dostać się do Bangkok – kilka linii lotniczych oferuje loty bezpośrednio z Warszawy do Bangkoku. My lecieliśmy z Thai Airways, bezpośrednio z Paryża. Oczywiście potem udaliśmy się do Kota Kinabalu w Malezji, a w Bangkoku zatrzymaliśmy się na noc dopiero w drodze powrtonej. Sam lot na odnicku Paryż – Bangkok trwał 10:30h, a trasa porotna trwała godzinę dłużej.

Nocowaliśmy w hotelu Dusit Thani Bangkok, położonym w dość biznesowej dzielnicy „Miasta Aniołów”. Hotel znajduje się naprzeciw pięknego, historycznego parku Lumpini, w pobliżu sky train (stacja Sala Daeng) i stacji metro Silom. 35km od lotniska, ale zaledwie 500m od słynnego nocnego marketu Patpong.

 

Rejs po rzece Chao Phraya

Zwiedzanie Bangkoku naszego pierwszego dnia rozpoczęliśmy od rejsu po rzece Chao Phraya, wzdłuż której są zlokalizowane jedne z głównych lokalnych atrakcji. A zatem, przy tak krótkim pobycie w Bangkoku, rejs okazał się strzałem w dziesiątkę, bo w szybkim tempie zobaczyliśmy cały przekrój tego, co oferuje miasto. Udaliśmy się na rejs z kolacją przy zachodzie słońca z oferty firmy Supanninga Cruise. Nasza trasa przebiegała wzdłuż takich atrakcji, jak:

  • świątynia Wat Arun
  • Wielki Pałac Królewski
  • świątynia Wat Prayoon
  • świątynia Wat Rakang
  • centrum handlowe River City
  • ambasady Francji i Portugalii
  • uniwersytet Thammasart

Ponadto podczas rejsu mieliśmy okazję spróbować kilku wyśmienitych dań kuchni tajskiej:

  • zupa Tom Kha – na bazie mleczka kokosowego, podawana z kawałkami ryby
  • Moo Cha MUang – gulasz wieprzowy, przypominający w smaku curry
  • Yum Nue Lai – wołowina na ostro
  • Choo Chi Goong – krewetki w słodko-ostrym curry
  • Pu Jah – wieprzowina wymieszana z mięsem kraba, serwowana w skorupie kraba
  • na deser: słynny mango sticky rice, czyli ryż podawany z mleczkiem kokosowym i mango – brzmi banalnie, ale smakuje rewelacyjnie
  • oraz słodycze firmy Wanlamun

W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy o jeden z pobliskich nocnych marketów, pełen przepysznego ulicznego jedzenia i tanich produktów odzieżowych. Wiedząc, jak mało czasu mamy w Bangkoku, aż żal było wracać do łóżek. Szczególnie w porze, kiedy miasto naprawdę tętni życiem!

 

Chatuchak – market weekendowy

Następnego dnia wyruszyliśmy na market weekendowy Chatuchak. Wyprawa na zakupy przy kilkuosobowej grupie w to miejsce to szaleństwo. Naprawdę, wybierzcie się tam w 2-3 osoby, inaczej nie będziecie nadążać za sobą nawzajem. Jak wiadomo, każdy ma inny gust i będzie chciał zajrzeć na zupełnie inne stoiska i ostatecznie wyjdziecie na koniec dnia z niedosytem, tak jak było w moim przypadku 😉 Większość produktów jest super tania. Owszem, niektóre produkty wątpliwej jakości, ale inne – naprawdę fajne. Znajdziecie tu wszystko – jedzenie, napoje, ubrania, plecaki, buty, produkty z jedwabiu, herbaty, naturalne mydła, gadżety do wystroju wnętrz, stoiska z tatuażami typu airbrush. Ja sama spróbowałam kilku typów lemoniad, lodów kokosowych, jakiejś grillowanej wieprzowiny, kupiłam kilka par uroczych skarpetek, mydła na bazie kokosa, pastę curry, herbatę jaśminową, maskę na oczy (do spania) i na koniec zrobiłam sobie tatuaż airbrush (utrzymywał się przez tydzień) 😉 Zabrakło mi czasu na obejrzenie produktów z jedwabiu oraz luźnych, materiałowych spodni. Dlatego na pewno jeszcze zawitam w Bangkoku i wybiorę się ponownie na Chatuchak! 🙂 Na miejscu tłumy ludzi i mnóstwo stoisk. Naprawdę można tu spędzić cały dzień.

 

Siam Paragon i okolice

Normalnie nie opisywałabym wrażeń z wizyty w centrum handlowym, niemniej, do Siam Paragon warto wyskoczyć, by poznań kuchnię tajską. Na jednym piętrze zgromadzono wiele knajp serwujących przeróżne tradycyjne dania i desery. A przy tym w całkiem przystępnych cenach. Owszem, ceny kuchni ulicznej są trochę tańsze, ale jeśli ktokolwiek z Was ma obawy co do sterylności takich dań, to Siam Paragon będzie dla Was lepszą alternatywą. Ja na miejscu wybrałam Pad Thai, czyli klasyka kuchni tajskiej – makaron smażony z woka, serwowany z krewetkami, jajkiem, kiełkami, cukrem i innym dodatkami. Porównałam go również z wersją street foodową i w tym pojedynku Pad Thai z Siam Paragon zwyciężył (choć oba były rewelacyjne). Jadałam wcześniej Pad Thaie w Polsce, ale żaden mi nie smakował jak te w Tajlandii.

A na deser wybraliśmy się do Mo & Moshi, również w centrum Siam Paragon, na lody w stylu japońskim. Czyli na ogromne desery lodowe, które da się zjeść tylko w kilka osób 😉

Po posiłku w Siam Paragon, ruszyliśmy obejrzeć graffiti i sztukę uliczną przy pobliskiej ulicy Paha Thai Road. Są to dzieła, które powstały przy współpracy europejskich i tajskich artystów podczas festiwalu Bukruk (co oznacza inwazję). Bardzo ciekawe miejsce, a pobliskie uliczki pozostają w kontraście z nowoczesną architekturą Siam Paragon.

Ogólnie Bangkok wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie i na pewno tu jeszcze wrócę. Bardzo bym chciała zwiedzić już od środka kilka świątyń, spróbować więcej dań kuchni tajskiej i spokojnie pogrążyć się w przeczesywaniu weekendowych i nocnych marketów 🙂 Mimo że najlepiej odpoczywa mi się na odludziu i wśród natury, to wizyta w Bangkoku była też ciekawą odmianą. Wielu moich znajomych źle wspomina zwiedzanie Bangkoku, narzekają na chaos i brud. Być może dlatego, że byli tu kilka lat temu. Rzekomo 3-4 lata temu zaszła rewolucja w tej dziedzinie i miasto jest naprawdę wysprzątane. Bangkok kojarzył mi się wręcz z Tokio w tej kategorii (choć ruch uliczny to zupełnie coś innego niż w Japonii – czasami byłam w szoku, że nasze taksówki nie zderzały się z innymi samochodami podczas zmiany pasu…). Pogoda trochę nam nie dopisała – było strasznie gorąco, a momentami spadały ulewne deszcze. Gdyby nie te opady, zwiedzilibyśmy zapewne więcej 😉 Niemniej, całość bardzo na plus i polecam wszystkim chociaż kilkudniowy pobyt w Bangkoku. Może nie jako główny cel podróży, ale po drodze na jakąś z tajskich czy azjatyckich wysp 😉