Wrześniowy pobyt na Rodos

By on 23-3-2013 in Europa, Grecja

Wrześniowy pobyt na Rodos

Dziś, w ten wciąż mało wiosenny dzień, zapraszam Was na krótką relację z wrześniowego pobytu w upalnej Grecji. Był to mój ostatni wakacyjny wypad w 2012 roku i najmniej spodziewany ze wszystkich. Odwiedziliśmy wcześniej Węgry, Słowację, Islandię, odbyliśmy tygodniowy rejs po Żuławach (dzięki uprzejmości znajomej Francuzki) i zaliczyliśmy coroczny wypad w polskie Tatry. Po tak intensywnych wakacjach, naturalnie, nie mogłabym sobie pozwolić finansowo na Rodos. Szczególnie w wersji All Inclusive. Tak naprawdę nie przepadam za wyjazdami organizowanymi przez biura podróży. Już dawno temu, po pierwszym wypadzie na własną rękę za granicę, dostrzegłam zalety właśnie tej formy podróżowania: mniejszy wydatek, możliwość poznania miejscowych, niezależność i dowolność spędzania czasu. Jednak w przypadku wyjazdu do Grecji nie zamierzałam wybrzydzać – w końcu nie każdy ma możliwość spędzić tydzień na Rodos niemalże za darmo. Mój chłopak miał wyjątkowe szczęście i udało mu się wylicytować na stronie Hapygo.fr pobyt All Inclusive dla dwóch osób w Kalathos wraz z przelotami z Paryża za zaledwie 600zł. O ile mi wiadomo, w Polsce nie mamy jeszcze odpowiednika takiej strony. Zabawa polega na tym, że za dowolną kwotę kupujemy punkty, którymi później podbijamy aktualną cenę licytowanej wycieczki czy gadżetu. Po wygraniu licytacji trzeba jeszcze dodatkowo zapłacić cenę, jaką osiągnął dany przedmiot. Ostatecznie wygrywa tylko jedna osoba, ale zawsze bierze w tym udział wielu chętnych, którzy w końcowym rozrachunku są stratni – strona musi na siebie jakoś zarabiać. Nam się poszczęściło. Musiałam pokryć tylko koszt swojego biletu do Paryża i z powrotem.

Wschód słońca. Widok z naszego hotelu.

 

Kalathos i Hotel „Lindos”

Hotelowy basen o wschodzie słońca.

Nasz hotel dumnie nosił nazwę „Lindos”, lecz by dotrzeć do właściwego miasteczka Lindos, trzeba było poświęcić trochę czasu. W rzeczywistości był ulokowany w okolicy miejscowości Kalathos, skąd można było dojechać publicznym autobusem do wspomnianego Lindos oraz do miasta Rodos. Hotel sam w sobie nie należał do wyjątkowych cudów – nie posiadał jakiegoś osobliwego, unikalnego wystroju wnętrz, nie serwowano w nim wyśmienitych greckich potraw, ale nie przysparzał też powodów do narzekania. Niewątpliwie jego największym atutem była prywatna laguna. By skosztować kąpieli w Morzu Egejskim nie trzeba było wyruszać na publiczną plażę, lecz wystarczyło zejść kamiennymi schodami wijącymi się od strony kompleksu basenowego.  Niestety, mimo, że wrześniowe upały dawały się nadal we znaki (a może to moje zbytnie przyzwyczajenie do podróżowania w kierunku północy), to woda nie była już na tyle ciepła, bym spędziła w morzu cały dzień. Wkrótce zaczęła nużyć mnie rutyna wymuszona regularnymi godzinami serwowanych posiłków, których nie omieszkałam sobie odmówić, z racji naszego All Inclusive. Potem, oczywiście, trawiły mnie wyrzuty sumienia, że znów pozwoliłam sobie na więcej, niż planowałam przy tak osiadłej formie wczasów. Ogólnie był to wyjazd typowo relaksacyjny, momentami nudnawy, ale dostarczył mi właściwego odpoczynku tuż przed startem ostatniego, morderczego roku akademickiego… Ciekawiej zrobiło się podczas krótkich, samodzielnych wypadów do Lindos i Rodos.

 

Lindos

 

Po wyspie Rodos turysta można podróżować na kilka sposobów: wypożyczając samochód lub skuter albo korzystając z transportu publicznego, czyli autobusów. Ostatnia opcja jest oczywiście najbardziej ekonomiczna, ale i niekiedy niekomfortowa, jak się przekonaliśmy podczas wyprawy do Rodos – całą podróż odbyliśmy na stojąco, w ogromnym ścisku i nieznośnym upale. Dojazd do Lindos był jednak znacznie przyjemniejszy: podróż z Kalathos trwa zaledwie 10 minut, a w autobusie nadal były wolne miejsca. Koszt przejazdu w jedną stronę to ok. 2 euro. Po dotarciu do Lindos strasznie żałowaliśmy, że odkładaliśmy ten wypad na sam koniec pobytu, bowiem miasto było przeurocze i warte ponownego odkrycia. Całe Lindos jest usytuowane wokół wzniesienia, które zwieńcza eklektyczny Akropol. Znajdziemy tam charakterystyczne starożytne kolumnady i świątynię Ateny (ok. I w. p.n.e.), ale i elementy architektury bizantyjskiej oraz średniowieczne fortyfikacje autorstwa joannitów. Do Akropolu można z łatwością dostać się pieszo, ale co wybredniejsi korzystają z płatnego przejazdu na ośle. U podnóża wzniesienia rozciąga się plątanina wąskich uliczek, białych domów i straganów. Jedną z głównych atrakcji miasta stanowi zatoka św. Pawła, w której, jak głosi historia, apostoł znalazł schronienie podczas burzy w 43 r. n.e. Ponadto Lindos szczyci się jednymi z najpiękniejszych plaż na Rodos.

 

U brzegu Lindos.

 

Kaskadowo usytuowane restauracje Lindos.

 

Widok na Lindos w drodze do Akropolu.

Już u szczytu – Akropol.

A tutaj mała rozbieżność w nazewnictwie: kościół Panagia (tak głosi Internet) lub Agios Georgios Hostos (za moim przewodnikiem) w Lindos.

W zakamarkach uliczek kryją się liczne restauracje ze schodami wiodącymi do ogródków na dachu.

 

 

Miasto Rodos

 

Bilet autobusowy do stolicy Rodos kosztował nas 4,50 euro, a podróż zajęła około 2 godziny. Jak już wcześniej wspomniałam, nie była to najbardziej komfortowa podróż, ponieważ wybraliśmy akurat godzinę, kiedy upał zaczynał powoli ustawać (nadal jednak było gorąco i duszno), więc wielu turystów i lokalnych przemieszczało się właśnie w kierunku Rodos. Nie zamierzam jednak narzekać, ponieważ większą satysfakcję odczułam płacąc 4,50 za autobus, niż gdy miałabym wydać dziesięciokrotność tego za wynajem samochodu. Ponadto przez chwilę mogłam poczuć się nonkonformistycznie wobec naszego All Inclusive i odkryć w końcu coś z własnej inicjatywy, na własną rękę. Była to też jedyna okazja, by spróbować prawdziwej greckiej kuchni, jakoż z powodu wyjazdu, ominęła nas godzina serwowania obiadu w hotelu. Miasto Rodos jest stosunkowo duże, więc skupiliśmy się tylko na zwiedzaniu zabytkowego centrum. I jest jest to centrum,  z jakim jeszcze nigdy dotychczas się nie zetknęłam. Całe Stare Miasto jest ogrodzone murem obronnym, wybudowanym za czasów średniowiecza i można się do niego dostać poprzez kilka imponujących bram wjazdowych. Rodos ma bujną historię: przez wiele lat podlegało różnorakim panowaniom, co odzwierciedla eklektyzm architektoniczny centrum. Znajdziemy tu dzielnice: turecką, żydowską, średniowieczną (zwaną również gotycką). W mieście dostrzeżemy widoczne wpływy kultury tureckiej, żydowskiej, rzymskiej, późniejszej włoskiej, greckiej i joannitów. Tuż obok meczetów, stoją tu synagogi czy kościoły greckokatolickie. Śmiem twierdzić, że każdy mógłby spędzić tu cały dzień, spacerując wąskimi uliczkami Starego Miasta i nie odczuwając przy tym ani krzty znudzenia. Polecam zajrzeć do kilku sztandarowych miejsc w centrum, a przez resztę czasu po prostu pozwolić sobie na zgubienie się w tej plątaninie uliczek. Nam w ten sposób udało się trafić do restauracji „Romios”, która natychmiast przekonała nas do siebie niesamowitym wystrojem i reklamą, według której była wysoko ceniona na Trip Advisorze. Ceny również były przystępne. Postanowiliśmy wypróbować coś typowo greckiego, a restauracja szczyciła się dobrymi lokalnymi potrawami. Na przystawkę wybraliśmy tzatziki, które było serwowane z podpieczonym chlebem z twarogiem i przyprawami oraz z kilkoma różnymi sosami. Nie mam za wielkiego porównania, jednak jak na zwykłą przystawkę, pozytywnie zwaliła mnie z nóg. Potem spróbowałam musaki, a mój chłopak wybrał talerz grecki, czyli kilka różnych tradycyjnych dań serwowanych naraz. Wszystko było przepyszne, a dodatkowo gratis otrzymaliśmy koktajle alkoholowe. Obiektywnie mogę polecić tę restaurację, jak i samo miasto Rodos. Stanowią bowiem ciekawą alternatywę do wylegiwania się przy hotelowym basenie ;)

Ulica Rycerska w Starym Mieście. Rodos.

Pałac Wielkich Mistrzów.

Meczet Sulejmana Wspaniałego – najpokaźniejszy i najlepiej zachowany meczet w Rodos.

Jedna z wielu malowniczych uliczek Starego Miasta.

Łuki otomańskie – pozostałości z czasów panowania tureckiego.

Pan Grek.

Uroczy hotel, który napotkaliśmy spacerując uliczkami Starego Miasta.

Niesamowite wnętrze sklepu z lampami.

Patrząc do góry, można odkryć ciekawe fragmenty zabudowy.

Restauracja „Romios”.

Po zmierzchu restauracja prezentuje się jeszcze ciekawiej.

Jeden z głównych placów Rodos nocą.

Dzielnica żydowska nocą.

 

14 Comments

  1. Nie byłam jak dotąd w Grecji, ale tamtejszą kuchnię bardzo lubię, więc może kiedyś się wybiorę na podobną wycieczkę np. na Rodos. Ja również od pewnego czasu omijam wszelkie zorganizowane wyjazdy, ale są takie sytuacje (jak ta, o której wspomniałaś), w których trudno się nie skusić na taką opcję ;)
    To, co napisałaś o Mieście Rodos – o średniowiecznych murach obronnych i imponujących bramach wjazdowych prowadzących na teren Starego Miasta – bardzo mi przypomniało uwielbianą przeze mnie włoską Bolonię…

    • Ja zaś nie miałam okazji odwiedzić Bolonii. Byłam raz we Włoszech na wycieczce objazdowej z liceum. Całkiem sporo zwiedziliśmy (choć w biegu i wielką grupą, więc nie można było poczuć klimatu różnych miast), ale niestety Bolonia nas ominęła. Ogólnie chciałabym jeszcze wrócić do Włoch i zwiedzić ponownie np. Rzym czy Wenecję tak w spokoju, na własną rękę.
      A co do Grecji, to marzy mi się jeszcze wyjazd kiedyś do Aten i Meteorów :) Natomiast jeśli rozważasz samodzielnie organizowaną podróż na Rodos, to widziałam, że z tanich przewoźników lata tam Ryanair. Niestety nie z Polski. Choć przy kombinowanym locie na pewno coś by się upolowało ;)

      • Bolonię i Rzym bardzo polecam – cudowne miasta. Szczególnie Bolonia bardzo mnie zauroczyła swoim klimatem, kilometrami arkad i… brakiem turystów.
        Mnie znów ciągnie do Włoch, więc możliwe, że wybiorę się tam niedługo – zastanawiam się nad przelotem do Bergamo albo Bolonii i przejazdem do Wenecji albo Florencji, gdyż jeszcze tam nie byłam.
        Rzeczywiście Ryan lata na Rodos. Może wykombinuję jakiś przelot połączony ze stop-over’em w Sztokholmie albo… Rzymie, Bolonii, Bergamo… :)

        • Rzym, Wenecję i Florencję zaliczyłam podczas wspomnianej wycieczki. Po jednym dniu w każdym z miast. Wszędzie było pięknie, tylko za krótko. A w Rzymie totalnie nie dopisała nam pogoda – cały dzień tak padało, że chyba tylko peleryny przeciwdeszczowe mogłyby ochronić przed przemoknięciem. Dlatego chciałabym ponownie tam zawitać i stworzyć sobie jakieś inne wspomnienia, niż bieganie od jednego zabytku do drugiego ;)
          Co do łączonych przelotów: kiedyś tak wybrałam się do Porto. Z Wrocławia przez Frankfurt z noclegami w pobliskim Meinz. Dużo przygód, ale na dłuższą metę trochę męczące. Na pewno lepiej lecieć przez jakieś ciekawsze miasta niż Frankfurt ;)
          I tak nawiązując do Grecji i jej tradycyjnej kuchni: mogłabyś dodać kiedyś na swoim blogu jakiś przepis na tzatziki? :) Wstyd się przyznać, ale przed kilkoma godzinami próbowałam to przyrządzić i mój eksperyment raczej nie zakończył się sukcesem :) Skusiła mnie przyprawa do tzatziki w sklepie. Zrobiłam według przepisu zamieszczonego na opakowaniu i wcale nie było smaczne. Niby nic trudnego, a i tak popsułam :D Wyszła mizeria, a nie tzatziki. Pewnie jak bym wzięła jogurt grecki, a nie naturalny i odcisnęła sok z ogórka, byłoby lepiej :P

  2. W przypadku takich wycieczek jak wspomniałaś z pewnością plusem jest to, że „zaliczasz” dużo miejsc w krótkim czasie i możesz się rozeznać, gdzie później warto wrócić na dłużej. Żeby jednak „poczuć” lepiej dane miejsce to jeden dzień zazwyczaj nie wystarcza. Jak jestem w nowym mieście to lubię na przykład jeden dzień poświęcić na zwiedzanie, a innego powłóczyć się bez konkretnego celu i spróbować wczuć się właśnie w klimat danego miejsca, poobserwować ludzi, pozaglądać w różne zakątki…
    Życzę Ci, żebyś jak najszybciej wróciła do Włoch na dłużej! :)
    Zgadzam się, że takie loty „kombinowane” potrafią być męczące. Niestety czasem inaczej się nie da :/ Ale to i tak nic w porównaniu z kilkoma przesiadkami i całą dobą spędzoną „w chmurach”, gdy leci się gdzieś naprawdę daleko ;)
    Uwielbiam tzatziki, ale przyznam, że nigdy sama nie robiłam. Świetny pomysł mi poddałaś z umieszczeniem na blogu jakiegoś przepisu na greckie danie :) Wcześniej już umieszczałam przepisy na dania z miejsc, w których jeszcze nie byłam – np. z Bułgarii. Chętnie za jakiś czas o tym pomyślę. A jeśli zbiorę się wcześniej do zrobienia tzatziki i coś z tego wyjdzie, to po prostu podeślę Tobie przepis na maila :)

    • O to super! ;) Będę bardzo wdzięczna. Raz kiedyś wcześniej robiłam tzatziki z kolegą, ale po prostu instruował mnie co mam robić, przygotował składniki i już teraz zapomniałam, jak to dokładnie robiliśmy. Wtedy było smaczne, wczoraj – średnie :P Czekam zatem na Twój przepis ;)
      I dziękuję! Też sobie życzę powrotu do Włoch ;) Póki co jednak oszczędzam przed Japonią. Tam lot zajmie nam trochę czasu ;) No i jestem strasznie ciekawa przesiadki w Dubaju. Ponoć samo lotnisko robi wrażenie :D

      • Ja też nie mogę się doczekać Japonii i ciekawa jestem samego lotu z Emirates :)
        Jednocześnie mam jeszcze sporo rzeczy do zaplanowania i kilka książek o Japonii czeka na przeczytanie…
        Co do Dubaju zastanawialiśmy się przez moment nad stop-over’em, ale ostatecznie uznaliśmy, że trochę szkoda czasu i pozostaniemy przy oglądaniu lotniska ;)

        • Mam bardzo podobnie – w końcu Emirates są jednymi z lepszych linii lotniczych ;) Długo też łudziłam się, że przy stop-overze może uda mi się wygospodarować godzinę, by wyskoczyć do miasta z lotniska, miałam aplikować o wizę tranzytową itd. Niemniej, jednak 4,5h na przesiadkę to stosunkowo niedużo i nie wybaczyłabym sobie, gdybym przegapiła lot dalej :P
          A Japonią i przygotowaniem wyjazdu jestem strasznie podekscytowana. Od kilku lat uczę się japońskiego, zawsze interesowała mnie kultura tego kraju i już w zeszłe wakacje postanowiłam, że w tym roku koniecznie odwiedzę Japonię. To taka moja wymarzona podróż ;)
          A co planujesz doczytać, jeśli mogę zapytać? :) Też przeglądam co nieco przed wyjazdem, ale tak bardziej hobbystycznie i dla otuchy, by przetrwać ostatnie 2 miesiące na uczelni ;) Ostatnio skończyłam „W drodze na Hokkaido”, a teraz zabieram się za „Bezsenność w Tokio” i „Życie jak w Tochigi”.

  3. super, zdjęcia zachęcają do odwiedzenia Grecji, ale i tak czekam na Japonię

  4. Widzę, że rzeczywiście jesteś bardzo zaangażowana w tą podróż :)
    Podziwiam Cię za determinację w nauce japońskiego.
    Jak kupiłam bilety lotnicze to miałam plan, że we własnym zakresie będę się do czasu wyjazdu uczyć japońskiego, ale inne zajęcia (również językowe) sprawiły, że jakoś nie starczyło mi czasu i motywacji. Wstyd się przyznać, ale znam zaledwie kilka słów w stylu ‚konichiwa’ czy ‚arigato’ ;) Jeśli jednakże prawdą jest to, co jest napisane w książkach to Japońsczycy i tak będą mile zaskoczeni każdą próbą powiedzenia czegoś w ich języku, więc może nie będzie tak źle i jakoś się dogadamy na migi ;)
    Mimo tego chciałabym kiedyś poznać przynajmniej podstawy japońskiego… Super jest znać jakiś mniej typowy język – tak nawet czysto hobbistycznie albo dla własnej satysfakcji…

    Jeśli chodzi o książki to obecnie czytam jednocześnie „W drodze na Hokkaido” oraz „Bezsenność w Tokio” ;) „Życie jak w Tochigi” oraz „Japonia oczami fana” czekają w kolejce. Książki „Moja Japonia” oraz „Japonia w sześciu smakach” oraz „Świat według reportera. Japonia” (Piotra Kraśko) przeczytałam jakiś czas temu. Jestem też pod coraz większym wrażeniem twórczości Murakamiego. Ostatnio przeczytałam zbiór opowiadań „Zniknięcie słonia” oraz przewodnik po Tokio śladami pisarza: „Haruki Murakami i jego Tokio. Przewodnik nie tylko literacki”.

  5. Mój japoński nie jest też znowu na jakimś wysokim poziomie. Teoretycznie powinnam poradzić sobie z rezerwacją biletu i noclegu, pytaniem o drogę, zamawianiem posiłków i jakąś podstawową konwersacją. Jeśli jednak ktoś zacznie coś więcej mówić i w szybkim tempie czy z akcentem, to skapituluję ;) Ale nie martwmy się, ponoć młode pokolenie już coraz lepiej radzi sobie z angielskim ;)
    I Murakamiego też bardzo lubię. Przeczytałam już kilka jego powieści. Mimo, że wiele elementów wciąż się powtarza, to zupełnie mi to nie przeszkadza. Lubię jego styl. I ten przewodnik kojarzę – przeglądałam raz w Empiku. Bardzo fajny pomysł ze strony autorki ;) Czytałam też opinię, że dobrze spisuje się jako normalny przewodnik po Tokio.
    Będzie fajnie :) Ty wyjeżdżasz wcześniej, więc życzę Ci udanej wyprawy oraz spróbowania jak najwięcej lokalnych przysmaków ;)

  6. Rodos też piękne :)

Trackbacks/Pingbacks

  1. Tzatziki jako przystawka w restauracji Romios w Rodos | Dobrze podróżować - [...] Marta: Dzięki! Będziemy w kontakcie [...]

Submit a Comment

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>