borneo | Dobrze podróżować https://dobrze-podrozowac.pl Blog podróżniczy pełen inspiracji i praktycznych porad Tue, 31 Dec 2024 20:47:47 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=4.9.28 KIULU – EKOWIOSKA NA BORNEO https://dobrze-podrozowac.pl/kiulu-ekowioska-na-borneo/ https://dobrze-podrozowac.pl/kiulu-ekowioska-na-borneo/#comments Fri, 27 Apr 2018 18:27:20 +0000 http://dobrze-podrozowac.pl/?p=1622 Odwiedziny w Kiulu były jednym z najbardziej autentycznych doświadczeń podczas zeszłorocznego pobytu w Malezji na Borneo. Miałam okazję zobaczyć, jak wygląda codzienność ludzi mieszkających niemalże w dżungli. Dowiedziałam się więcej o uprawie i obróbce ryżu, co – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – okazało się niesamowicie interesujące. I zjadłam najpyszniejsze ananasy na świecie! Jeśli szukasz atrakcji […]

Artykuł KIULU – EKOWIOSKA NA BORNEO pochodzi z serwisu Dobrze podróżować.

]]>

Odwiedziny w Kiulu były jednym z najbardziej autentycznych doświadczeń podczas zeszłorocznego pobytu w Malezji na Borneo. Miałam okazję zobaczyć, jak wygląda codzienność ludzi mieszkających niemalże w dżungli. Dowiedziałam się więcej o uprawie i obróbce ryżu, co – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – okazało się niesamowicie interesujące. I zjadłam najpyszniejsze ananasy na świecie! Jeśli szukasz atrakcji z dala od wielkich kurortów, to wpis o Kiulu jest koniecznie dla Ciebie!

 

ZWIEDZANIE MALEZYJSKIEJ CZĘŚCI BORNEO I DOJAZD DO KIULU

Malezyjską część Borneo odwiedziliśmy w zeszłym roku w czerwcu. Dotychczas napisałam o tym tylko jeden artykuł. Jeśli by ocenić nasz pobyt przez pryzmat jedynie tego artykułu, wyglądałoby na to, że skupiliśmy się na atrakcjach znajdujących się wyłącznie wokół naszego hotelu Gaya Island Resort czy w samym Kota Kinabalu (czyli też blisko hotelu). Wyjazd do Kiulu był zatem szansą na poznanie tej części Malezji, która znajduje się z dala od turystycznego zgiełku, jest zatem prawdziwsza i związana z naturalnym rytmem przyrody.

Udaliśmy się tam na zasadzie jednodniowej wycieczki organizowanej przez lokalne biuro turystyczne Borneo Eco Tours. Niewielki bus przyjeżdża po Ciebie w okolicę hotelu lub do przystani Jesselton Point w Kota Kinabalu. Jest bardzo kameralnie, po drodze zwiedzasz inne okoliczne atrakcje, a na koniec docierasz do Kiulu. Koszt takiej wyprawy jest naprawdę niewielki, a część zysków jest przekazywane na rzecz lokalnych mieszkańców wioski. A zatem same plusy!

Koszt: 165 MYR, czyli około 150 zł.

Strona Borneo Eco Tours

 

ATRAKCJE NA TRASIE – MOST ZWODZONY I TARG W TAMPARULI

Niestety nie jestem w stanie przywołać nazwy mostu zwodzonego, który był pierwszą atrakcją na trasie do Kiulu. Nie zapisałam sobie wówczas nazwy, a w tej chwili nie jestem w stanie odnaleźć go w Google Maps. Co więcej program na stronie Borneo Eco Tours w ogóle nie wspomina tego miejsca. Wychwalają jedynie most zwodzony w Tamparuli, ale tamten jest zupełnie odnowiony i dla mnie nie stanowił żadnej atrakcji. Natomiast ten pierwszy most był takim azjatyckim zwodzonym mostem z prawdziwego zdarzenia. Niektóre deski były wątpliwe i gdy ktoś chodził z Tobą jednocześnie po moście – trząsało i adrenalina na pewno trochę wzrastała. Natomiast to była ta wielka atrakcja! Do tego genialne widoki wokół: rzeka, bujna zieleń egzotycznych roślin i w oddali na horyzoncie – spowity chmurami szczyt Kinabalu, czyli najwyższa góra w Malezji. Bardzo fajny i fotogeniczny punkt na trasie.

 

Następnie zatrzymaliśmy się na targu w niewielkiej miejscowości Tamparuli. Lokalni mieszkańcy sprzedają tu głównie warzywa, owoce, przyprawy, suszone ryby. Dopiero w tym miejscu uświadomiłam sobie jak wiele różnych odmian bananów można znaleźć w Malezji! Można tu kupić np. małe banany rosnące w kiściach po 20 sztuk. Zupełnie coś innego, niż owoce dostępne w polskich supermarketach. Na zdjęciach możesz też zauważyć zielone warzywo przypominające kształtem ogórka. To przepękla ogórkowata, zwana również gorzkim melonem. Jest ponoć naturalnym lekiem na cukrzycę. Nic dziwnego – przy tym, w jakich ilościach Malezyjczycy słodzą napoje, potrzebują czegoś do wyrównania cukru…

 

 

ZWIEDZANIE KIULU

Głównym punktem naszej wycieczki była wioska położona w Dolinie Kiulu. Tuż po wyjściu z parkingu należy kierować się w stronę mostu zwodzonego, prowadzącego bezpośrednio do wioski. Tutejszy most jest jeszcze ciekawszy – to tak naprawdę dwie oddzielne zwodzone trasy, które są w stanie pomieścić po jednej osobie na szerokość. Nie ryzykowałabym również z większą ilością osób pokonujących trasę jednocześnie – niektóre zabezpieczenia są już trochę zużyte. A tuż przed wejściem na most powitała nas miejscowa rodzinka z gromadką dzieci, które machały do nas i chętnie pozowały do zdjęć.

Po dotarciu do wioski zostaliśmy ugoszczeni w bambusowej chatce, która składa się z kuchni, jadalni, łazienki i dwóch sypialni. Jest to miejsce, gdzie można również zatrzymać się na noc. My zatrzymaliśmy się tutaj na przepyszny lunch przygotowanych przez mieszkańców – kurczak z wolnego wybiegu, kwiaty bananowca zasmażane w cieście, sałatki warzywno-owocowe, ryż z ekologicznych upraw i – mistrzostwo świata – lokalne ekologiczne ananasy. Ananasy w Malezji w ogóle były genialne. Natomiast nigdy wcześniej i już nigdy później nie jadłam równie pysznych ananasów, jak w Kiulu.

Podczas lunchu przedstawiono nam naszego przewodnika. Saidin był mieszkańcem wioski i całkiem nieźle posługiwał się angielskim. Do grupy dołączył również Alan – Australijczyk, który tymczasowo zamieszkał w wiosce, by uczyć tutejszą ludność ekologicznej uprawy SRI. Bardzo charyzmatyczna postać i w całkiem przystępny sposób wytłumaczył nam główne zasady uprawy SRI.

Po lunchu udaliśmy się na zwiedzanie wioski. Zobaczyliśmy najpierw lokalną szkołę. Jest to jedyna szkoła w promieniu wielu kilometrów. Dzieci z okolicznych wiosek mieszkają w tutejszej bursie, ponieważ podróż na piechotę w obie strony zajmowałaby zbyt wiele czasu. Następnie przemieszczając się skrajem dżungli, dotarliśmy do pola SRI naszego przewodnika. Tam każdy z uczestników wycieczki miał szansę zasadzić własnoręcznie źdźbła ryżu. Później udaliśmy się na podwórko przed chatę Saidina, gdzie jego rodzina zademonstrowała nam obróbkę zebranego ryżu. Na koniec idąc wzdłuż tradycyjnych pól ryżowych (nie wszyscy jednak przerzucili się na SRI – jedną z osób wiernych tradycji była 82-letnia matka Saidina, którą minęliśmy w polu), dotarliśmy do rzeki z piękną błękitną wodą, gdzie popływaliśmy z miejscowymi dziećmi. W ogóle cała nasza grupa była wielką atrakcją dla lokalnych mieszkańców. A gdy wypuściliśmy drona, Saidin stwierdził, że mają szczęście, bo zrobimy dobre zdjęcia i dzięki temu więcej ludzi odwiedzi ich wioskę.

 

 

A zatem jeśli kiedykolwiek zawitasz do malezyjskiej części Borneo, gorąco polecam wycieczkę do Kiulu. Genialne jedzenie, fajne widoki i przekochani ludzie. Oczywiście zwiedzanie jest w pewnym stopniu nastawione pod turystów, ale to nadal bardzo kameralna i autentyczna forma turystyki. To jeszcze nie jest wydeptane miejsce. Nie ma tam kurortów, a w nich bogatych snobów. Po prostu prości i pozytywni ludzie, wiodący swoje codzienne życie, gotowi pokazać je z bliska. A przy tym są w stanie dzięki takim wycieczkom coś zarobić.

 

Artykuł KIULU – EKOWIOSKA NA BORNEO pochodzi z serwisu Dobrze podróżować.

]]>
https://dobrze-podrozowac.pl/kiulu-ekowioska-na-borneo/feed/ 12
ODKRYWAJĄC BORNEO https://dobrze-podrozowac.pl/odkrywajac-borneo/ https://dobrze-podrozowac.pl/odkrywajac-borneo/#comments Sun, 16 Jul 2017 20:06:19 +0000 http://dobrze-podrozowac.pl/?p=966 Każdy, kto miał szansę zajrzeć do kilku moich artykułów, wie, że najchętniej podróżuję w kierunku północnym. Tam najlepiej odpoczywam. Oczywiście wielkim wyjątkiem była podróż do Japonii, ale to ze względu na wieloletnie zamiłowanie do kultury japońskiej. Cała reszta Azji jawiła mi się kusząco pod względem kulinarnym, kulturowym i krajobrazowym, ale nigdy nie podejmowałam decyzji o […]

Artykuł ODKRYWAJĄC BORNEO pochodzi z serwisu Dobrze podróżować.

]]>
Każdy, kto miał szansę zajrzeć do kilku moich artykułów, wie, że najchętniej podróżuję w kierunku północnym. Tam najlepiej odpoczywam. Oczywiście wielkim wyjątkiem była podróż do Japonii, ale to ze względu na wieloletnie zamiłowanie do kultury japońskiej. Cała reszta Azji jawiła mi się kusząco pod względem kulinarnym, kulturowym i krajobrazowym, ale nigdy nie podejmowałam decyzji o wyjeździe w te rejony, bo… obawiałam się pająków 🙂 Jakkolwiek powierzchownie to brzmi, niestety jest prawdą! Jednak na koniec czerwca miałam ogromne szczęście wybrać się do malezyjskej części Borneo wraz z moim chłopakiem, który otrzymał zaproszenie na wyjazd reportażowy od Biura Turystyki Malezji. Oczywiście była to okazja, by powalczyć z moim stereotypowym myśleniem o Azji i pająkach ;), ale przede wszystkim szansa na odkrycie przepięknych miejsc i wyśmienitej kuchni! Zapraszam zatem do krótkiej relacji z pierwszych dni pobytu.

 

Kilka informacji o północnym Borneo

O samym Borneo nie wiedziałam wcześniej za wiele. Wiedziałam, że jest to terytorium Indonezji i w ostatnim czasie produkcja oleju palmowego poszła tam za daleko. A zatem, jak widać, moja wiedza geograficzno-gospodarcza o pewnych miejscach, nim zacznę do nich podróżować, jest na dość ignoranckim poziomie. Oczwiście przyznaję się do tego tylko dlatego, że braki w wiedzy zostały już uzupełnione i na sam początek chętnie podzielę się z Wami kilkoma ultra interesującymi ciekawostkami!

Borneo jest ogromne – to trzecia największa wyspa na świecie (po Grenlandii i Papui-Nowej Gwinei)! To jedna z pierwszych rzeczy, jaką powiedział nam nasz przewodnik po wylądowaniu w Kota Kinabalu 😉 Jak każdy z Was wie, większa część Borneo należy do terytorium Indonezji, następnie fragment północny – do Malezji, ale także niewielki obszar zajmuje Brunei. Główną religią Malezji jest islam (ok. 60% mieszkańców), niemniej, malezyjska częć Borneo jest głównie katolicka. Rzekomo jest to zasługa misjonarzy, którzy nawracali rdzenne plemiona wyspy. W związku z ogromną etniczną i religijną mieszanką północnego Borneo, nie obowiązują tu tak surowe oczekiwania wobec ubioru turystów, jak np. w krajach Bliskiego Wschodu. Kobiety nie muszą zasłaniać głów i mogą nosić bluzki na ramiączkach czy sukienki sięgające nad kolano. Oczywiście strój należy odpowiednio zmodyfikować, zwiedzając meczety. Warto również wspomnieć, że Borneo porasta jeden z najstarszych na świecie lasów pierwotnych, który zamieszkują liczne gatunki endemiczne, czyli niespotykane nigdzie indziej na świecie. Należą do nich np. słynne orangutany borneańskie czy nosacze sundajskie. Na terenie Borneo znajduje się również najwyższy szczyt Malezji – Kinabalu 4101 m n.p.m. A na koniec moja ulubiona ciekawostka: wielu członków rdzennych plemion północnego Borneo było… łowcami głów! Ścinanie głów stanowiło element walki terytorialnej, a spreparowane ludzkie czaszki wieszano pod sufitami słynnych domów na palach. Nasz przewodnik poinformował nas, że jego dziadek był jeszcze łowcą głów, ale teraz nikt już nie praktykuje tego zwyczaju…

 

Kota Kinabalu i okolice

W malezyjskiej części Borneo znajdują się dwa regiony: Sabah i Sarawak. My zatrzymaliśmy się w okolicy Kota Kinabalu, czyli największego miasta w rejonie Sabah (tłumaczenie tej nazwy to „Land below the wind”, czyli „Kraina położona poniżej wiatru” – Sabah znajduje się poniżej pasa tajfunów Azji wschodniej). Do Kota Kinabalu dotarliśmy na pokładzie linii Thai Airways. Nasz lot odbywał się z Paryża do Bangkoku (lotnisko bliższe Polsce obsługiwane przez te linie to np. Berlin Brandenburg), gdzie mieliśmy 2 godziny na przesiadkę, by dalej ruszyć do Kota Kinabalu. Całość podróży trwała ok. 16 godzin i była to moja pierwsza okazja lotu Airbusem A380.

Samo Kota Kinabalu nie należy do najatrakcyjniejszych miast, ale na pewno warto zobaczyć tutejszy meczet, spróbować ulicznego jedzenia lub zajrzeć do lokalnego muzeum połączonego z rekonstrukcją tradycyjnej wioski rdznnych plemion borneańskich. W muzeum można obejrzeć również barwne stroje ludowe oraz… autentyczne czaszki zdobyte przez łowców głów! Mieliśmy również okazję podziwiać jeden z eksponatów – dzidę należącą do jednego z łowców głów, do której przywiązany był pęk włosów. Rzekomo jeden włos oznaczał jedną „złowioną” głowę, a były ich w tym przypadku dziesiątki…

Jednak największe atrakcje okolicy to te naturalne: piaskowe plaże, błękitno-zielonkawa woda, rafa koralowa, dżungla, ale i oczywiście jedzenie. Zatrzymaliśmy się w hotelu Gaya Island Resort w zatoce Malohom, która wchodzi w skład chronionego parku Tunku Abdul Rahman, skąd mieliśmy okazję udać się np. na nurkowanie w okolicy rafy koralowej czy na spacer po dżungli. Sam hotel ma do zaoferowania wiele innych atrakcji, jak np. lekcje gotowania lokalnych malezyjskich potraw, śniadanie na plaży przy wschodzie słońca, pokazy tradycyjnego tańca, zabiegi SPA z użyciem naturalnych składników, ale przede wszystkim przepiękne widoki i dwie prywatne plaże.

Pobyt był naprawdę przyjemny. Szczególnie zachwyciła mnie lokalna kuchnia – świetnie przyprawiona i wyśmienite owoce, którą mogliśmy poznać bliżej już w samym hotelu Gaya Island Resort, np. podczas lekcji gotowania (przygotowywaliśmy takie dania jak hivana oraz krewetki pinasakan). Dowiedziałam się, że Malezyjczycy używają dużo imbiru, trawy cytrynowej, chilli, kurkumy, ale i cebuli, czosnku oraz cukru trzcinowego. Dania potrafią być ostre, ale o naprawdę głębokim smaku. Generalnie tak, jak lubię. Do tego sporo ryb i owoców morza. No i oczywiście niezawodna woda kokosowa serwowana jako napój do posiłków, czy po prostu jako drink na plażę. Ludzie w okolicy również przesympatyczni i dość bezpośredni w kontaktach – nie odczuwa się tam takiej wymuszonej grzeczności, jak np. w Japonii. Malezyjczycy również chętnie pozują do zdjęć i nikt nie miał sprzeciwów, gdy wykonywaliśmy zdjęcia dzieci. A moje obawy co do pająków czy insektów okazały się niepotrzebne 🙂 Przez cały pobyt spotkałam tylko jednego pająka i na dodatek malutkiego, także moja fobia nie miała nawet okazji urosnąć do swoich tradycyjnych rozmiarów. Owszem, trzeba mieć świadomość, że w okolicy lata kilka większych owadów i spacerują jaszczurki, ale gdy patrzy się pod nogi i szczelnie zamyka pokoje, to realne ryzyko ukąszenia czy użądlenia jest znikome. Zalecałabym jednak ostrożność kobietom w ciąży podróżującym do regionu Sabah – w okolicy odnotowano przypadki komarów przenoszących nieszczęsny wirus zika. Poza tym jest naprawdę bezpiecznie i jeśli rozważacie podróż do Malezji, to gorąco polecam część borneańską ze względu na bajeczną roślinność i przepiękne widoki. W kolejnym artykule przybliżę Wam również krótką relację z pobytu w ekologicznej wiosce regionu Sabah.

Artykuł ODKRYWAJĄC BORNEO pochodzi z serwisu Dobrze podróżować.

]]>
https://dobrze-podrozowac.pl/odkrywajac-borneo/feed/ 6