Odwiedziny w Kiulu były jednym z najbardziej autentycznych doświadczeń podczas zeszłorocznego pobytu w Malezji na Borneo. Miałam okazję zobaczyć, jak wygląda codzienność ludzi mieszkających niemalże w dżungli. Dowiedziałam się więcej o uprawie i obróbce ryżu, co – ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu – okazało się niesamowicie interesujące. I zjadłam najpyszniejsze ananasy na świecie! Jeśli szukasz atrakcji z dala od wielkich kurortów, to wpis o Kiulu jest koniecznie dla Ciebie!

 

ZWIEDZANIE MALEZYJSKIEJ CZĘŚCI BORNEO I DOJAZD DO KIULU

Malezyjską część Borneo odwiedziliśmy w zeszłym roku w czerwcu. Dotychczas napisałam o tym tylko jeden artykuł. Jeśli by ocenić nasz pobyt przez pryzmat jedynie tego artykułu, wyglądałoby na to, że skupiliśmy się na atrakcjach znajdujących się wyłącznie wokół naszego hotelu Gaya Island Resort czy w samym Kota Kinabalu (czyli też blisko hotelu). Wyjazd do Kiulu był zatem szansą na poznanie tej części Malezji, która znajduje się z dala od turystycznego zgiełku, jest zatem prawdziwsza i związana z naturalnym rytmem przyrody.

Udaliśmy się tam na zasadzie jednodniowej wycieczki organizowanej przez lokalne biuro turystyczne Borneo Eco Tours. Niewielki bus przyjeżdża po Ciebie w okolicę hotelu lub do przystani Jesselton Point w Kota Kinabalu. Jest bardzo kameralnie, po drodze zwiedzasz inne okoliczne atrakcje, a na koniec docierasz do Kiulu. Koszt takiej wyprawy jest naprawdę niewielki, a część zysków jest przekazywane na rzecz lokalnych mieszkańców wioski. A zatem same plusy!

Koszt: 165 MYR, czyli około 150 zł.

Strona Borneo Eco Tours

 

ATRAKCJE NA TRASIE – MOST ZWODZONY I TARG W TAMPARULI

Niestety nie jestem w stanie przywołać nazwy mostu zwodzonego, który był pierwszą atrakcją na trasie do Kiulu. Nie zapisałam sobie wówczas nazwy, a w tej chwili nie jestem w stanie odnaleźć go w Google Maps. Co więcej program na stronie Borneo Eco Tours w ogóle nie wspomina tego miejsca. Wychwalają jedynie most zwodzony w Tamparuli, ale tamten jest zupełnie odnowiony i dla mnie nie stanowił żadnej atrakcji. Natomiast ten pierwszy most był takim azjatyckim zwodzonym mostem z prawdziwego zdarzenia. Niektóre deski były wątpliwe i gdy ktoś chodził z Tobą jednocześnie po moście – trząsało i adrenalina na pewno trochę wzrastała. Natomiast to była ta wielka atrakcja! Do tego genialne widoki wokół: rzeka, bujna zieleń egzotycznych roślin i w oddali na horyzoncie – spowity chmurami szczyt Kinabalu, czyli najwyższa góra w Malezji. Bardzo fajny i fotogeniczny punkt na trasie.

 

Następnie zatrzymaliśmy się na targu w niewielkiej miejscowości Tamparuli. Lokalni mieszkańcy sprzedają tu głównie warzywa, owoce, przyprawy, suszone ryby. Dopiero w tym miejscu uświadomiłam sobie jak wiele różnych odmian bananów można znaleźć w Malezji! Można tu kupić np. małe banany rosnące w kiściach po 20 sztuk. Zupełnie coś innego, niż owoce dostępne w polskich supermarketach. Na zdjęciach możesz też zauważyć zielone warzywo przypominające kształtem ogórka. To przepękla ogórkowata, zwana również gorzkim melonem. Jest ponoć naturalnym lekiem na cukrzycę. Nic dziwnego – przy tym, w jakich ilościach Malezyjczycy słodzą napoje, potrzebują czegoś do wyrównania cukru…

 

 

ZWIEDZANIE KIULU

Głównym punktem naszej wycieczki była wioska położona w Dolinie Kiulu. Tuż po wyjściu z parkingu należy kierować się w stronę mostu zwodzonego, prowadzącego bezpośrednio do wioski. Tutejszy most jest jeszcze ciekawszy – to tak naprawdę dwie oddzielne zwodzone trasy, które są w stanie pomieścić po jednej osobie na szerokość. Nie ryzykowałabym również z większą ilością osób pokonujących trasę jednocześnie – niektóre zabezpieczenia są już trochę zużyte. A tuż przed wejściem na most powitała nas miejscowa rodzinka z gromadką dzieci, które machały do nas i chętnie pozowały do zdjęć.


 

Po dotarciu do wioski zostaliśmy ugoszczeni w bambusowej chatce, która składa się z kuchni, jadalni, łazienki i dwóch sypialni. Jest to miejsce, gdzie można również zatrzymać się na noc. My zatrzymaliśmy się tutaj na przepyszny lunch przygotowanych przez mieszkańców – kurczak z wolnego wybiegu, kwiaty bananowca zasmażane w cieście, sałatki warzywno-owocowe, ryż z ekologicznych upraw i – mistrzostwo świata – lokalne ekologiczne ananasy. Ananasy w Malezji w ogóle były genialne. Natomiast nigdy wcześniej i już nigdy później nie jadłam równie pysznych ananasów, jak w Kiulu.

Podczas lunchu przedstawiono nam naszego przewodnika. Saidin był mieszkańcem wioski i całkiem nieźle posługiwał się angielskim. Do grupy dołączył również Alan – Australijczyk, który tymczasowo zamieszkał w wiosce, by uczyć tutejszą ludność ekologicznej uprawy SRI. Bardzo charyzmatyczna postać i w całkiem przystępny sposób wytłumaczył nam główne zasady uprawy SRI.

Po lunchu udaliśmy się na zwiedzanie wioski. Zobaczyliśmy najpierw lokalną szkołę. Jest to jedyna szkoła w promieniu wielu kilometrów. Dzieci z okolicznych wiosek mieszkają w tutejszej bursie, ponieważ podróż na piechotę w obie strony zajmowałaby zbyt wiele czasu. Następnie przemieszczając się skrajem dżungli, dotarliśmy do pola SRI naszego przewodnika. Tam każdy z uczestników wycieczki miał szansę zasadzić własnoręcznie źdźbła ryżu. Później udaliśmy się na podwórko przed chatę Saidina, gdzie jego rodzina zademonstrowała nam obróbkę zebranego ryżu. Na koniec idąc wzdłuż tradycyjnych pól ryżowych (nie wszyscy jednak przerzucili się na SRI – jedną z osób wiernych tradycji była 82-letnia matka Saidina, którą minęliśmy w polu), dotarliśmy do rzeki z piękną błękitną wodą, gdzie popływaliśmy z miejscowymi dziećmi. W ogóle cała nasza grupa była wielką atrakcją dla lokalnych mieszkańców. A gdy wypuściliśmy drona, Saidin stwierdził, że mają szczęście, bo zrobimy dobre zdjęcia i dzięki temu więcej ludzi odwiedzi ich wioskę.

 

 

A zatem jeśli kiedykolwiek zawitasz do malezyjskiej części Borneo, gorąco polecam wycieczkę do Kiulu. Genialne jedzenie, fajne widoki i przekochani ludzie. Oczywiście zwiedzanie jest w pewnym stopniu nastawione pod turystów, ale to nadal bardzo kameralna i autentyczna forma turystyki. To jeszcze nie jest wydeptane miejsce. Nie ma tam kurortów, a w nich bogatych snobów. Po prostu prości i pozytywni ludzie, wiodący swoje codzienne życie, gotowi pokazać je z bliska. A przy tym są w stanie dzięki takim wycieczkom coś zarobić.