W południowej Islandii jest niemalże wszystko, co w tym kraju najlepsze. Zagubione w dolinach wioski, gorące źródła, aktywne gejzery i wulkany, lodowce pokryte czapami śniegu, liczne wodospady i potężne masywy górskie. Również w tym regionie miały miejsce wydarzenia opisane w  islandzkich sagach. Planując dwudniowy postój w Skógar po drodze z Reykjaviku do jeziora lodowcowego Jökulsárlón, obawiałam się, że w najbliższej okolicy nie będzie za wiele do zwiedzania. Może tylko wodospad i skaliste nabrzeże w Vik. Nic bardziej mylnego. Już podczas podróżowania autostopem z Reykjaviku do Skógar nie mogłam nadziwić się, jak malowniczo usytuowano główną drogę wiodącą wokół wyspy. Z jednej strony rozległa równina zakończona plażą nad oceanem, a z drugiej – tuż przy jezdni wyrastał ogromny, zielony masyw górski. Coraz wytryskiwały z niego wodospady (nawet takie, pod którymi można przejść na drugą stronę), a na stromych zboczach leniwie pasły się owce. Zdjęcia, z którymi zetknęłam się przed wyjazdem, zupełnie nie oddają tego uroku i ogromu. Co chwilę zapamiętywałam w myślach miejsca, do których moglibyśmy powrócić nazajutrz. Jednakże Islandczyk, który zabrał nas tego dnia na stopa, zdradził mi po drodze, że ze Skógar można dojść pieszo do najświeższego pola lawy, powstałego w sławetnej erupcji sprzed dwóch lat. Sam tam jeszcze nie był, ale wędrówka zajmuje ponoć 4 godziny i wiedzie przez dostępny dla turystów szlak. I tak zasiał w mojej głowie pomysł, który postanowiłam zrealizować już kolejnego dnia.

 

Droga do Skógar

 

Wszystko przez pogodę

 

Nazajutrz obudziły mnie promienie słońca wdzierające się do naszego pokoju. Zerwałam się z łóżka i wręcz nie dowierzałam – na niebie nie było żadnej chmury! To rzadkość, jak na Islandię i powinno się czerpać z takich dni garściami. Gdy rozpoczęłam przygotowania, znalazłam w hostelu mapę regionu Rangárþing i Myrdalur z zaznaczonym szlakiem wyrastającym znad wodospadu Skógafoss. Była to jedyna mapa informująca o nowym polu lawy, rozlanym pomiędzy lodowcami Ejafjallajökull i Mýrdalsjökull. Mój przewodnik z National Geographic w ogóle nie wspominał o tej trasie i usianych wokół niej atrakcjach. Dla pewności podpytałam jeszcze recepcjonistkę z hostelu (która była Polką!), czy kojarzy ten szlak. Odpowiedziała, że była tam w zeszłym roku i droga w jedną stronę zajmuje 4,5 do 5 godzin. Powrót trochę krócej – 3,5 godziny. Podejście nie jest wyjątkowo strome, trasa nie należy do najtrudniejszych, a widoki warte zobaczenia. Odmierzyłam sobie jeszcze „inteligentnie” palcami dystans zaznaczony na mapie i porównałam go ze skalą. Wyszło mi 20km w obie strony. Skoro trasa prowadzi miejscami pod górę, to owszem, może zająć trochę czasu, ale w 9 godzinach powinnam się zmieścić. Rewelacyjna pogoda wciąż się utrzymywała, a ewentualna wędrówka po zmroku nie była mi straszna – latem na Islandii słońce zachodzi dopiero około północy i zaledwie na 2 godziny. Zrobiłam tylko jeszcze zapasy bułek „Extreme” z szynką i wyruszyliśmy!

Skogafoss

Majestatyczny Skógafoss (60m wysokości), tuż obok którego usytuowany był nasz hostel. 

Zróżnicowane krajobrazy Islandii

Aby dotrzeć do wspomnianego pola lawy, trzeba najpierw pokonać serię schodów prowadzących na taras widokowy ponad wodospadem Skógafoss. Stamtąd można przedostać się na szlak. Dosłownie „przedostać”, bo wchodzi się nań po drewnianej drabinie osadzonej nad płotem. Piękna sprawa. Znajdujesz się nad wodospadem, w tle majestatyczna, zielona góra, za nią na horyzoncie już tylko rozlewiska rzek, a ty przekraczasz tę magiczną granicę, zstępując z drewnianej drabiny. Co tu dużo mówić – widok i uczucie takie, że zapiera dech. Dalej szlak wiedzie po łagodnej, wydeptanej ścieżce, wzdłuż strumienia. Odkrywasz wtedy, że Skógafoss to nie jedyny wodospad na tej rzece. Trafiłeś do krainy dziesiątek innych, mniejszych i większych wodospadów oraz głębokich wąwozów wyrzeźbionych przez nurt. A wszystko wokół zielenieje. Wielu turystów pokonuje tylko tę część trasy, by ujrzeć te malownicze landszafty. Odpowiednio dalej krajobraz zyskuje coś nowego – w tle poławiają się ośnieżone szczyty lodowców. Najpierw po lewej stronie wyłania się Ejafjallajökull, a po jakimś czasie, po prawej –  Mýrdalsjökull. Cel wyprawy leży właśnie u stóp obydwu lodowców. Następnie, po przekroczeniu mostu łączącego oba brzegi rzeki, krajobraz zmienia się diametralnie. Droga staje się trudniejsza, bo usłana kamieniami, a obszar wokół ma już charakter wulkaniczny. Zieleń znika, dominują czerń i odcienie czerwieni. Po pokonaniu tego odcinka, wkracza się na najtrudniejszą trasę, wiodącą przez pyły i żwiry wulkaniczne. Dla mnie były utrapieniem – co chwilę zapadałam się, a pył i żwir wlatywały mi do butów. Coraz musiałam przystawać i opróżniać buty, traciłam mnóstwo czasu, a skarpety i tak zdążyły podziurawić się doszczętnie. Ostateczny etap szlaku wiedzie przez… śnieg! I tu, o dziwo, nie było ciężko. Śnieg jest tak solidnie zmrożony, że nie zapadałam się i nie przemoczyłam obuwia, a wrażenia przy tym nie do opisania.

Wąwóz

Zejście na szlak

 

Ostatni odcinek trasy – przez śnieg. Po prawej stronie pole lawy.

 

 

Przygody po drodze

Gdy szliśmy jeszcze zielonym odcinkiem trasy, wiodącym wzdłuż potoku, dołączyła do nas trzyosobowa grupka. Dziewczyna z Bułgarii, chłopak z Kolumbii i drugi z Peru. Zapytali, o cel naszej wyprawy, a ja pokazałam im mapę i objaśniłam trasę. Sami nie wiedzieli, jakie atrakcje skrywa ten szlak – ruszyli po prostu z ciekawości za wodospad.  Jednak po jakichś 4 godzinach wspólnej wędrówki, w pewnej chwili odłączyli się od nas, mówiąc, że nadgonią. Niestety, zniknęli już poza linią horyzontu i zrozumieliśmy, że najprawdopodobniej byli zbyt zmęczeni i zawrócili. Szliśmy więc dalej we dwoje – ja i mój chłopak. Potrzebowaliśmy kolejnych 2 godzin, by dotrzeć do pierwszej chatki! Zrobiliśmy tam krótką przerwę, gdy nagle zza okna ujrzeliśmy znajomego Peruwiańczyka! Dogonił nas i wyjaśnił, że jego przyjaciele byli już wykończeni i musieli zawrócić. Nie wyolbrzymiając, trasa nie była wcale łatwa. Alfredo czułby jednak żal, jeśli teraz by się poddał i nie dotarł do celu. Ruszyliśmy więc po ośnieżonych górach i dolinach w kierunku drugiej chatki. Po drodze na naszej przeszkodzie stanęła gruba na kilka metrów pokrywa śniegu, która pod wpływem temperatury przetapiała się w niemałą rzekę. Napotkana para starszych Islandczyków poradziła, żeby przy naszym obuwiu lepiej przeprawić się przez rzekę boso – inaczej stracimy przyczepność. Za chwilę jednak ujrzeliśmy dwie osoby przechodzące na drugą stronę po śnieżnym „moście”. Wyglądało to groźnie, bo dolna warstwa śniegu była już bardzo cienka i wątpliwej trwałości. „Most” jednak nie runął, więc my również przeprawiliśmy się nim na drugą stronę. Wszystko przebiegło bezpiecznie, ale przyznam, że przechodząc snułam już najciemniejsze wizje.

 

A oto śnieżny „most”, po którym ktoś właśnie przechodzi. W dolnym rogu widać rzekę, jaka powstała w czasie roztopu.

 

Islandzkie „schroniska górskie”

 

Na pierwszym planie wzgórze powulkaniczne, a w tle lodowiec.

Po dotarciu do drugiej chatki, Fimmvörðuháls, dowiedzieliśmy się, że nadłożyliśmy jakąś godzinę drogi. Idąc z pierwszej chaty skręciliśmy w lewo, zamiast kontynuować wciąż prosto. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki uprzejmości pani opiekującej się chatką, podsyciliśmy się tradycyjnym Flatbrauð (dosłownie: „płaski chleb”) z szynką i wędzonym łososiem. Dowiedzieliśmy się od Andre, że pracuje tu pierwszy raz. Spędza w chatce cały tydzień przygotowując wszystko i czekając co wieczór na podróżników, którzy zarezerwowali sobie noclegi. Taka typowa chatka nie ma nic wspólnego z naszymi polskimi schroniskami górskimi. Jest po pierwsze mniej przestrzeni – 17 osób śpi w jednym pomieszczeniu, wszystkim opiekuje się jeden pracownik i nie można tam zakupić posiłków. Do tego do budynku nie jest doprowadzona woda – uzyskuje się ją topiąc śnieg w kotle na piecu. Inne życie.

Parująca góra.

 

O islandzkim nazewnictwie i atrakcjach u celu wyprawy

Andre wytłumaczyła nam również, co ujrzymy u celu wędrówki. Sprawa wygląda następująco: gdy w 2010r. nastąpiła erupcja Ejafjallajökull, pierwszy wybuch miał miejsce u stóp lodowca. Wulkan nie wyrzucał popiołów, leniwie toczył lawę i stanowił wielką atrakcję turystyczną. W czasie tej erupcji powstały różne kratery, pole lawy Godahraun oraz dwa wzgórza powulkaniczne Magni i Móði. W pobliżu znajduje się dolina Thórsmörk, której nazwa wywodzi się od Thora – nordyckiego boga burzy i piorunów. Magni i Móði według mitologii Wikingów byli synami Thora. Ich imiona oznaczają kolejno „Silny” i „Gniewny”. Dopiero później nieustające erupcje obudziły właściwy wulkan lodowca Ejafjallajökull, który to zaczął pluć popiołem i przyczynił się do zablokowania światowych lotów na kilka dni. Po dotarciu na miejscu było barwnie i jak nie z tej ziemi. Wzgórza Magni i Móði miały czerwony kolor, nadal parowały i były jeszcze gorące. Wokół rozpościerało się pole lawy, a dalej już ośnieżone lodowce. Nie mieliśmy niestety za wiele czasu, by delektować się widokami. Musieliśmy wrócić tą samą trasą do Skógar.

Widok z jednego ze wzgórz powulkanicznych.

Ostatecznie pokonanie trasy w obie strony zajęło nam 12 godzin, nie 9, jak wyliczyłam. Szliśmy niemalże bez przerwy, zatrzymując się jedynie na posiłki i żeby wykonać zdjęcia (ok. 1h postoju). Po zejściu do Skógar znaleźliśmy tablicę informującą o łącznej długości szlaków. Okazało się, że pokonaliśmy tego dnia nie 20km, jak to sobie sprytnie obliczyłam, lecz prawie 40km! Po górach, kamieniach, pyle, żwirze i śniegu. Gdybym znała rzeczywisty dystans, zapewne nigdy bym tam w ogóle nie wyruszyła. Na koniec byłam po prostu dumna, że wytrzymałam kondycyjnie i nie odniosłam żadnych obrażeń fizycznych czy załamań nastoju 🙂 Nauczyłam się również regenerować w czasie wysiłku!